To nie jest artykuł o tym, że powinno się przed Świętami ogarnąć nieodkurzane przez cały rok (a na pewno od Wielkanocy) zakamarki. To kilka słów na temat tego, jak kurczowo trzymamy się rzeczy materialnych, a w tym wypadku konkretniej- materiałowych.

W_szafie_na_górnej_półceCzuję autentyczny ból serca widząc te biedne dziewczęta powciskane w za małe ciuchy. Serio, Kochaniutka, nie bolą Cię bebechy od tego wżynającego się paska? Tę fazę na szczęście mam za sobą, za dużo energii traci się na wciskanie w outfit ‘jak po młodszej siostrze’. No i bądźmy ze sobą szczere, raz na zawsze, za małe ciuchy naprawdę nie wyglądają na miękkim ciałku dobrze. Pamiętam, jak zrobiłam kilka lat temu aferę w sklepie, bo Pani chciała mi dać do przymierzenia płaszcz w rozmiarze 50. ‘Że co?! Chyba Pani żartuje, co Wy tu macie za rozmiarówkę?! Ja nigdy nie nosiłam takiego rozmiaru!’ I oczywiście wyszłam obrażona po nieudanych próbach wciśnięcia się w rozmiar 46.

Ja wiem, do tego potrzeba dojrzeć, to trwa, nadal mam jakieś trzydzieści kilo ciuchów w szafie, na górnej półce, czyli w miejscu gdzie nikt, nawet ja, nie zagląda. A wachlarz rozmiarów, o Panie, jakie bogactwo! No ale przecież jeszcze będę kiedyś w tym chodzić. Będę, prawda? No że niby nie? Ciuchy ‘na lepsze czasy’, bluzeczki ‘przez tydzień ograniczę węglowodany’, spodnie ‘zęby w ścianę’, i moja ulubiona kategoria- sukienka ‘do wesela się schudnie’. O losie, ile pieniędzy utopiłam w takie fatałaszki, strach się bać! Nawet zdarzyło mi się kilka razy mieć fazę pod tytułem ‘niczego nie będę kupować, mam tyle za małych ubrań, że muszę do nich po prostu schudnąć’. I chyba nie muszę wspominać, że prawie wszystkie te akcje skończyły się fiaskiem.

Prawie, bo były takie jedne Święta, przed którymi to, na studniówkę zakupiono mi (ku mojej wyraźnej prośbie oczywiście) za małą sukienkę. I co, wpychałam w siebie przy świątecznych stołach kilogramy mandarynek, z wściekłością, no bo przecież nie żeby mandarynki były smaczniejsze od pierników, serników, keksów i całej reszty. Żeby jedzenie nie kusiło- spałam, nie ma to jak cieszyć się Bożym Narodzeniem. Wbiłam się w sukienkę, a jakże, wyszczuplające gacie i rajtki sprawiły, że musiałam na studniówce średnio co kwadrans biegać do toalety w celu wykonania kilku akrobacji podciągająco-poprawiających. No wyborna impreza, ubawiłam się dokładnie tak jak moje gacie i rajtki- po pachy!

I po co nam to? Bo nadzieja umiera ostatnia. Pozbycie się tych ubrań oznaczałoby poddanie się, koniec walki z tym, że moje ciało nie pasuje do wytycznych większości sklepów sieciowych. No właśnie Moje Drogie- koniec walki, akceptację, uśmiech w lustrze… you’re never fully dressed without a smile. Kusząca perspektywa, nieprawdaż?

Agata

Skomentuj artykuł