Styczeń, luty, marzec… błogi początek roku, leżę i myślę– za chwilę wiosna, za oknem ptaszyska zaczynają już swoje trele, drzewa przyodziewają się w  świeże zielone pączki, słońce ogrzewa jak może zmarznięty świat, a ja – leżę i myślę.

Szał_dziki_szałKwiecień, maj, czerwiec… jest coraz przyjemniej, a ja robię się leniwa. Słońce nabiera rozpędu, rozgrzewa pozimowe kości i ciała. Rękawiczki i czapka w końcu wylądowały w pawlaczu nad kuchnią. Może wstanę i pójdę na spacer?
Lipiec, sierpień, wrzesień… byłam tu i tam, ale zleciało! Dlaczego urlop tak szybko mija? Przecież ja w ogóle nie odpoczęłam. Ani razu nie poszłam pobiegać. A obiecałam sobie – OBIECAŁAM! A teraz, czy warto w ogóle zaczynać? Przecież za chwilę znowu zima- więc zwalniam.
Październik, listopad, grudzień… co? Jaki grudzień? Za cztery dni Wigilia? Chyba coś się mamie, Pani Mamo pomyliło? Przecież ja nie mam żadnego prezentu! Przyspieszam.

Sprawdzam kalendarz i co widzę? 20 grudnia! Serio?! To chyba jakieś nieśmieszne żarty. Przecież nie mogłam przespać całego roku 2015! Przecież uwielbiam Święta, szczególnie TE Święta, nie jakieś jajka i czekoladowe zające, TE Święta czyli choinki, pachnące sianko pod obrusem, płatki śniegu za oknem, no i prezenty! Przecież co roku od stycznia obiecuję sobie, że prezenty zacznę kupować od października, więc gdzie jest ten październik ja się pytam? Telefon do przyjaciółki- koło ratunkowe. Dzwonię. Nie odbiera. Dzwonię ponownie, jeszcze raz, i jeszcze, i kolejny, po ósmej próbie szanownie raczy odebrać:
– Halooo?! – krzyczy.
– No co „Halooo?!”, przecież ja się tu dobijam! Gdzie łazisz kobito? – irytuję się.
– W Galerii jestem, stado ludzi! Co mówisz? Nic nie słyszę! – to oczywiście moja przyjaciółka, chociaż  po takim tonie głosu zaczynam się zastanawiać, czy nadal jesteśmy przyjaciółkami i czy w ogóle się znamy.
– To po co polazłaś do tej Galerii, Zośka no? Chodź na herbatę, poplotkujemy – staram się być miła.
– Zwariowałaś?! Jaka herbata?! Nawet na kawę z ogromnym ciachem byś mnie do siebie teraz nie ściągnęła! Szukam prezentów, cholera, za 4 dni Wigilia a ja nadal bez pomysłów, nie wyjdę dzisiaj z tego przybytku niedoli bez prezentów! Jakem Zośka!

Czuję jak po mojej głowie podskakuje kulka, jak u Pomysłowego Dobromira. Prezenty, Zośka kupuje prezenty… PREZENTY?! Tak – prezenty! Teraz już wiem – znowu zaspałam. Na samą myśl o tym mam ochotę rwać włosy z głowy, ale zamiast się oskarżać zarzucam zimowy kubrak na grzbiet i lecę. Do Galerii – biegiem marsz! Biegnę zatłoczonymi ulicami, momentami czuję się jak na Oxford Street w Londynie, jak w Primarku- markecie z tanią odzieżą, gdzie masa ludzi wędruje między regałami i wrzuca do koszyka co tylko znajdzie. Galeria niestety niczym się nie różni jeżeli chodzi o ilość ludzisk. Jest tragicznie, tylko sklepów z tanią odzieżą brak, a szkoda, bo kto normalny ma pieniądze na 4 dni przed Wigilią- ja się pytam- no kto?
– Zośka? – dzwonię ponownie – jestem tu, gdzie Cię szukać w tej ludzkiej lawinie?
– Co? Nie słyszę co mówisz, jakiś facet właśnie stanął mi na stopie – ała! Spadaj gościu! – krzyczy – Chodź do Rossmanna – rozwiąże wszystkie nasze problemy, tu jest wszystko – od kosmetyków po zdrową żywność.
– Lecę, czekaj! – rzucam w słuchawkę potykając się oczywiście na ruchomych schodach.

Po 10 minutach wpadamy sobie w objęcia. I dopiero teraz czuję jak moja panika sięga zenitu, gdy widzę Zośkę z jej tobołkami. Ja nie mam nic. Chce mi się płakać, głowa nie chce współpracować, pomysły jakoś nie pchają się drzwiami i oknami. Czuję płacz na końcu nosa, więc zaraz będę miała nos jak Rudolf, a głowa mi pęknie. Dobrze, że na wyciągnięcie ręki jest apteka- poproszę coś na ból głowy. Prochy działają- czas rozpocząć połowy. Ruszamy, jak ustaliłyśmy, do niezastąpionego Rossmanna. Sklep nie zawodzi, chwała Ci Zosiu, że wpadłaś na ten niezły pomysł. Chodzimy pomiędzy Pampersami, które notabene są zapakowane w piękne świąteczne opakowania, a szalikami i bielizną (tak – jest tam nawet bielizna i rajtki). Pierwsze prezenty wpadają do koszyka. Czuję błogie uczucie ulgi. Gdy tylko w głowie pojawia się czarna dziura, wpadam na prosty pomysł i brak prezentu ratuję kosmetykiem, pachnącym mydełkiem czy perfumami. Za 15 minut zamykają Galerię, a my z Zośką niczym boginie, obładowane torbami dostojnie ruszamy w stronę wyjścia. Zdążyłam.

W domu pakunki lądują tradycyjnie na stole kuchennym. Sterta nikomu niepotrzebnych rzeczy – myślę sobie. Moja radość trwała krótko i ponownie obiecuję sobie, że w następnym roku zakup prezentów rozpocznę już w październiku. Tym razem będą to prezenty przemyślane i spersonalizowane. Oddycham szybko, trzymam serce żeby mi nie wyskoczyło, bo co ja zrobię bez serca? Jutro kierunek- Mama, będziemy gotować bigos i piec pierniczki. Czas odpocząć po tak ciężkim dniu. Może za rok się uda.

Dżo

Skomentuj artykuł