Ostatnio bardzo dużo czasu spędziłam z własnymi myślami, zastanawiając się, czego tak naprawdę się boję ja i czego boją się inni. Czy w obliczu strachu boimy się tak samo? Z racji zawodu, pierwszą rzeczą, która wpadła mi do głowy była myśl– Helllooo!

Przecież dobrze o tym wiesz, że ludzie boją się wystąpień publicznych, Dżo!’. Bingo! Niby odpowiedź wpadła od razu, niby wszystko jasne, a dyskomfort jednak nie zniknął. Czyżby to nie o to w życiu chodziło? Nie o to, żeby być najlepszym, mądrym i podziwianym przez wszystkich? Jak to?! Przecież ludzie uwielbiają poklask. Jeszcze się taki nie narodził, co nie lubi być chwalony, wielbiony, wysławiany pod niebiosa. Lubimy świecić jak diamenty, doradzać i być w centrum tych uznawanych za ‘idealnych’. Ale że odpowiedź na pytanie nie była odpowiedzią satysfakcjonującą i dająca poczucie ulgi, wiedziałam, że nie o to podświadomie mi chodziło.

potem2Moje myśli uciekły więc w innym kierunku. Zadałam sobie pytanie, czy znam człowieka, który obojętnie przejdzie obok choroby i śmierci? Nie znam. To  właśnie śmierci boimy się najbardziej. Śmierci ludzi, których znamy, śmierci tych, których kochamy, tych których podziwiamy i wreszcie- boimy się własnej śmierci. Czy życie nie byłoby spokojniejsze, lepsze i szczęśliwsze gdyby istniał świat bez końca? Jasne, że tak. Idealistyczny scenariusz mogłabym mnożyć bez końca. I w tym momencie przemyśleń w ręce wpadła mi książka „Potem…” autorstwa Guillaume Musso.

Zderzenie dwóch światów- mezalians matrymonialny. Od skrajnego ubóstwa do przepychu. I nie jest to wynik zwykłego fartu, to wynik ciężkiej pracy chłopca z biednej dzielnicy, który ciężką pracą i wytrwałym zdobywaniem edukacji, stał się szanowanym człowiekiem- najlepszym adwokatem w Nowym Yorku. Nathan Del Amico tak pragnie udowodnić całemu światu, a najbardziej sobie, że jest wartościowy. Popadając w wir pracy, zaniedbuje rodzinę- żonę Mallory i czteroletnią córeczkę Bonnie. Żyjąc w ciągłym biegu i niezrozumieniu- w efekcie Mallory postanawia odejść. Każde z bohaterów rozpoczyna więc swoje nowe życie. Niby wszystko nowe, a jak się okazuje- ze starymi uczuciami. Nadal serca tej pary biją dla siebie. W ciągu całej historii na ich drodze stają kolejne wyzwania, decyzje życiowe, choroby… i w końcu widmo śmierci, którym okryty jest Nathan, nawet o tym nie wiedząc.

Pojawienie się Posłańca – Goodricha wzbudza w nim na początku drwinę, z biegiem czasu jednak zaczyna go słuchać. Rolą Posłańców- ludzi, którzy obdarzeni są umiejętnością dostrzegania świetlistej aury nad osobami, które mają umrzeć, jest utrzymywanie na duchu skazanych na śmierć. Po wielu perypetiach panowie spędzają ze sobą więcej czasu, rozmawiają o tym co ważne. Przestają liczyć się dobra materialne, a nadrzędną wartością staje się to, co mieliśmy, a utraciliśmy. W obliczu śmierci Nathan robi rachunek sumienia i w końcu zaczyna patrzeć inaczej na świat. Chce po raz kolejny zmienić swoje, choć i tak już krótkie życie.

Historia zakrawa o romansidło z niskiej półki i pewnie przez niektórych za takowe może być uznana. Jednak gdy czytelnik zderza się z morałem z niej płynącym, chce się ją czytać coraz szybciej. Chce się od razu znać odpowiedzi na wszystkie pytania, które zadaje Nathan swojemu Posłańcowi. Odsyłam do lektury, szczególnie teraz kiedy wieczory są długie i zimne, na pewno odnajdziecie w niej wartość, którą znalazłam i ja.

Dżo

Skomentuj artykuł